Świadectwo na temat ewangelizacji w środowisku pracy
„Idźcie i głoście” – pod tym hasłem przebiega nasza tegoroczna formacja. Temat nieobcy – wszak wiem, że mamy być apostołami Jezusa, wszak mieliśmy nawet jesienią wyjazdowe rekolekcje parafialne poruszające ten temat. Wiadomo, jakie to ważne obecnie, żeby być świadkiem Boga. Mówiąc inaczej: dla współczesnego człowieka przytłoczonego życiem, polityką, kłopotami, pogubionego pomiędzy realiami a reklamą, półprawdami a fałszem, zabieganego i zatrwożonego niepewnym jutrem – być czytelnym świadectwem, że można inaczej: bez lęku, ufnie, prosto, uczciwie i w prawdzie, że można w pokoju, życzliwie i bez zawiści – jeśli tylko z Bogiem.
Usiadłam więc, żeby napisać kilka słów na temat ewangelizacji w moim środowisku pracy; usiadłam ochoczo, wszak temat nieobcy i ważny ... I zaraz zaczęły się schody!
Jak tu na konkretnych przykładach własnego zachowania, własnych postaw przedstawić swoje świadectwo? Czy ja w ogóle daję jakieś świadectwo przynależności do Jezusa? Bo to, że polecam każdy dzień Bogu, że oddaję mu także wszystkie problemy w pracy – to przecież sprawa czysto wewnętrzna, niedostrzegalna przez otoczenie. Mam wprawdzie krzyżyk nad swoim biurkiem na ścianie, ale to nie moja zasługa, jedynie pełna akceptacja „stanu zastanego” czyli pamiątka po poprzedniczce-emerytce.
Ogarnia mnie niepokój, bo jakże to? Kilkanaście lat w kręgach, jakby nie patrzeć: spore zaangażowanie formacyjne, a tu pamięć zaczyna przynosić jakieś fragmenty zdarzeń całkiem negatywnych: a to brak kiedyś zdecydowanej reakcji, a to milczenie dla świętego spokoju, a to znowu moja rejterada, gdy zaczęła się rozmowa na jakiś drażliwy temat. Jest mi wstyd. Czyżbym aż tak marnie przenosiła w życie to światło prawdy i zasad „darmo otrzymanych, by je darmo rozdawać”? Przekonywujące, a tak potrzebne argumenty znajdywałam niekiedy dopiero po powrocie do domu. Zastanawiam się, dlaczego tak się działo: chyba dlatego, że zazwyczaj sytuacja mnie zaskakiwała, a w dodatku bałam się nadgorliwości i przesady. (Pamiętam, jak irytowała mnie pewna osoba, która do każdego wydarzenia lub zachowania ludzkiego dodawała swój osobisty komentarz: „bo przecież jesteśmy tacy grzeszni ...”, „bo człowiek jest tak poraniony przez grzech, że ...”. I choć była to najprawdziwsza prawda, to jednak wprost „jeżyła” mnie wewnętrznie.)
Bardzo chcę sobie przypomnieć coś pozytywnego: może to, jak próbowałam kiedyś podsuwać metody ratowania małżeństwa koleżance z mężem alkoholikiem, ale koleżanka zamiast „po Bożemu” wolała jednak „po ludzku” - i małżeństwo się rozpadło. Cóż z tego, że opowiedziałam raz, czy drugi, o niezwykłej atmosferze wakacyjnych rekolekcji, lub zrelacjonowałam jakiś interesujący temat z wysłuchanej na Dniu Skupienia konferencji, skoro przecież i tak nikt z moich rozmówców nie przedłożyłby rekolekcji nad wczasy lub zagraniczną wycieczkę. Może fakt, że moje małżeństwo jest szczęśliwe, czego nie kryję wobec ludzi, lub to, że z rodzeństwem i szerszą rodziną żyjemy w zgodzie i wzajemnej pomocy, o czym także mówię w pracy – jest już lepszą formą świadectwa. Przypomina mi się też moja reakcja na opowiadanie młodej, „nowoczesnej” koleżanki o wieczorze panieńskim spędzonym w lokalu, w towarzystwie wynajętych „panów” (pan młody ponoć był w tym czasie z kolegami w lokalu, w towarzystwie „pań”): stwierdziłam wtedy stanowczo, że oglądanie roznegliżowanych obcych facetów w przeddzień najpiękniejszego wydarzenia w życiu jakim jest poślubienie ukochanej osoby, uważam po prostu za chore i żałosne. Skomentowano, że jestem niedzisiejsza. A powiedziała to nie owa „nowoczesna” osóbka, ale inna koleżanka, matka dorastających dwóch córek. Można się załamać.
Była też inna rozmowa, w cztery oczy, z inną młodą koleżanką (z którą do dzisiaj bardzo się lubimy) na temat jej lekceważącego i niewłaściwego odnoszenia się do starszej o wiele pracownicy, której ona po prostu „nie trawiła” dając jej to odczuć przy każdej okazji. Rozmowa była spokojna (po mojej modlitwie w jej intencji) i szczera, koleżanka nie była wcale urażona, a chyba zrozumiała, bo odtąd nie było już spięć.
Przypominam sobie jeszcze jakieś nieudolne próby łagodzenia, argumentowania, prostowania, tłumaczenia , choć raczej bez mocy i specjalnego efektu - gdy chodziło o atakowanie Kościoła, krytykę księży, negatywne opinie o rodzinach wielodzietnych, czy akceptowaną w moim środowisku pracy antykoncepcję i łatwe rozgrzeszanie aborcji. Chyba jednak częściej wtedy tchórzyłam, wycofywałam się po kilku zdaniach. Więc co to za ewangelizacja, co to za świadectwo?
Czy to, że mam zawsze życzliwe słowo i uśmiech dla wszystkich, którzy przychodzą jako klienci i widocznie mają do mnie zaufanie, bo czasem nawet powierzają mi swoje zmartwienia – czy to wystarczy aby w pracy świadczyć o Bogu? Czy ktoś, patrząc na mnie i na to co robię pomyśli o Bogu i Jego miłości? Czy stanie się choć troszkę lepszy, czy będzie mu łatwiej żyć, czy spowoduje to u niego się choćby chwilkę refleksji?
Nie wiem tego i pewnie nigdy się nie dowiem.
Jednak coś do mnie właśnie dotarło: zobaczyłam, jak wiele mam do poprawienia, do przemyślenia – własnego i małżeńskiego – jeśli naprawdę chcę, jeśli chcemy oboje być świadkami Jezusa.
I jeszcze jedno: że powinnam częściej prosić Jezusa o pomoc, i o potrzebne dary Ducha Świętego, aby moje nieudolne świadectwo miało większą siłę i było komuś pomocne. Więc zacznę prosić codziennie Tego, który jest sprawcą i chcenia i działania: Panie, pomóż mi dzisiaj być czytelnym świadectwem Twojej miłości!
Barbara Jaglarz