Drukuj
Odsłony: 3300

MARIA I MARTA

Siostra Bogna Młynarz ze zgromadzenia Sióstr Duszy Chrystusowej

Tematem naszej konferencji jest “Modlitwa i służba”. To bardzo ważny temat. “Ora et labora” benedyktyńskie hasło było drogowskazem dla całych pokoleń chrześcijan. Jest także dla nas. O tym, że trzeba się modlić i pracować nie muszę nikogo przekonywać. Trzeba jednak zastanowić się nad tym małym słówkiem “i”. Nad relacją, która zachodzi pomiędzy tymi dwoma elementami naszego życia. Dotykamy tu samych fundamentów życia chrześcijańskiego. Od właściwego ustawienia tej relacji zależy właściwy, bądź wynaturzony kształt naszego życia duchowego! Iluż chrześcijan pogubiło się w bezsensownym aktywizmie, podczas, gdy drugie tyle zasłania swój brak zaangażowania, jakąś iluzją modlitwy. By zatem dobrze ustawić w swoim życiu te proporcje sięgnijmy do samych źródeł, do nauczania Ewangelii. Znajdujemy tu fragment o Marii i Marcie, który jest dla nas światłem w tej kwestii (Łk 10, 38-42). Przyjrzyjmy się tej scenie.

Jezus przybywa do pewnej wsi i tam zostaje ugoszczony przez dwie kobiety. Każda przyjmuje Go tak jak potrafi najlepiej. Maria siada u stóp Jezusa i przysłuchuje się Jego słowom, zaś Marta zajmuje się przygotowaniem posiłku dla gościa. Popatrzmy najpierw na postawę Marii. Siedzi, patrzy i słucha. Pozornie jej postawa jest bierna, a więc daleka od służby. A jednak... Czyż nie tego oczekiwał Jezus wchodząc do tego domu? Maria wychodzi naprzeciw pragnieniom Jezusa. Służy Mu swoim pełnym zaangażowania słuchaniem. Ona nie siedzi tam z nudów, zajęta wyłącznie sobą. W centrum jej uwagi jest osoba Jezusa i Jego słowa.

Na czym zatem polega błąd Marty? Czy na tym, że przygotowuje posiłek zamiast usiąść z Marią u stóp Jezusa? W żadnym wypadku. Każdy służy czym innym. Posługa w kuchni jest równie ważna jak posługa słuchania drugiego. Co zatem jest przyczyną, że Jezus upomina Martę? Przypatrzmy się jej sytuacji i postawie. Bez zapowiedzi zwala się jej do domu przynajmniej trzynastu głodnych mężczyzn (Jezus zapewne był z apostołami, a może jeszcze z kimś...) I to kto. Sam Mistrz. Wyjątkowa okazja, by błysnąć jako doskonała gospodyni. Jeśli doda się do tego fakt, że na wschodzie, gdzie gościnność jest wysoko ceniona, podaje się zazwyczaj więcej niż jedną potrawę.... widzimy, ze Marta staje przed zadaniem, które ją przekracza. Ale ona za wszelką ceną chce osiągnąć sukces! I tu jest problem Marty. W centrum jej “posługi” nie stoi człowiek, któremu służy, lecz sukces, który chce przez to działanie osiągnąć. Zatem Marta “uwija się koło rozmaitych posług”, a w jej duszy rośnie niepokój, płynący z ambicji, by wszystko było super. Tak ją to zaślepia, że w końcu popełnia wielki nietakt wobec Gościa. Przerywa Jezusowi w pół słowa i zaczyna robić Mu wymówki: “Czy Ci to obojętne...”. Niesłychana sprawa. Nieczęsto się zdaża, by w Ewangelii, ktoś strofował Jezusa. Celem Marty było przecież jak najlepiej przyjąć Jezusa, tymczasem osiągnęła ona dokładnie odwrotny skutek. No właśnie. Czy naprawę celem Marty była służba wobec głodnego Jezusa i Jego apostołów?

Jezus zbyt kochał Martę, by przejść obojętnie obok jej problemów. Próbuje jej wyjaśnić przyczynę jej porażki. To pouczenie jest ważne także dla nas wszystkich, którzy podejmujemy jakąkolwiek posługę. “Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele”. Innymi słowy. “Popatrz, Marto, w głąb swojego serca, ile tam napięcia i niepokoju, płynącego z ambicji”. Rzeczywiście. Marta czuje się jak podczas burzy! Nawet używa tych sam słów, którymi budzą Jezusa apostołowie tonący w łodzi! “Panie, czy Ci to obojętne!”. Marta czuje, że tonie. Oto co czynią w duszy odmęty ambicji. Takie burze mogą się pojawić w życiu człowieka, ale nie należy ich mylić z zapałem do służby. Jezus nie tylko stawia diagnozę, ale daje także lekarstwo: “Potrzeba jednego”. I tu mamy problem. Czyżbyśmy wszyscy mieli usiąść u stóp Jezusa i zaprzestać robić cokolwiek? Często mylimy się tłumacząc sobie tą scenę w uproszczeniu. Aha, Maria robi dobrze, bo nic nie robi tylko się modli i to jest ta najlepsza cząstka, a Marta robi źle, bo coś robi i trzeba żeby przestała. Nic bardziej błędnego! Nie chodzi o to, by wybrać miedzy służbą a modlitwą. Przeciwstawienie sobie tych dwóch rzeczy jest bezsensowne. Potrzeba “jednego”: miłości, która przejawia się w modlitwie i służbie. Marta nie służyła. Motywem jej działania nie była miłość, lecz ambicja. Maria (która przecież nie da rady siedzieć ciągle i musi kiedyś wstać) wstanie i będzie robić wszystko z tym samym nastawieniem, które kazało jej słuchać Jezusa, gdy On pragnął być słuchany. Jest to postawa serca, które na modlitwie uczy się kochać i służyć.

Spróbujmy z tego wyciągnąć dla nas praktyczne wnioski.

Widzimy, że służba i modlitwa jest przejawem tej samej postawy serca. Ten, kto się nie modli, nie służy. Ten kto się prawdziwie modli, nie może nie służyć. Można to ująć w zdanie logiczne: służba wtedy i tylko wtedy, gdy modlitwa. Modlitwa jest jedyną siłą napędową służby. Dlaczego? Bo nikt z nas nie potrafi kochać sam z siebie. Jest tylko jedno źródło Miłości – Bóg, a zaczerpnąć można z niego czerpakiem modlitwy. Każdy z nas, albo każdego dnia czerpie miłość z jej jedynego źródła, albo działa napędzany inną siłą. Ale czy wtedy to jest służba? Można wiele dokonać kierując się ambicją, presją społeczną, czy choćby pragnieniem doświadczenia wdzięczności od innych. Ale co będzie, gdy w zamian za nasze zaangażowanie spotka nas obojętność, czy wprost krzywda? Co wtedy? Czy nie zniszczy nas zniechęcenie i żal do świata?

Właśnie przed tym chce nas uchronić Jezus, wskazując nam drogę prawdziwej służby, która jest jak “drzewo zasadzone nad płynącą wodą” modlitwy i “nigdy nie więdnie”. Można służyć z radością, będąc odbiciem Tego, który sprawia “że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi”. Ale trzeba być w kontakcie z Bogiem.

Na koniec kilka cech, które pozwalają odróżnić prawdziwą służbę od pseudosłużby, która jest formą wilka egoizmu ukrytego pod owczą wełną służby.

Służba musi odnaleźć swoją siłę w modlitwie, a nie w pochwałach, wdzięczności, czy ambicjach człowieka. Te wszystkie rzeczy nie są złe, ale ich dostawy są niepewne, grozi wtedy nam wypalenie i rozczarowanie. Modlitwa pozwala się pozbierać i popatrzeć z optymizmem na ten świat, z którego Pan Bóg ciągle nie zrezygnował.
Służyć można tylko osobom, nigdy przedmiotom czy jakimś ideom, bo to jest bałwochwalstwo. Jeśli nasza służba zaczyna być dążeniem do celu “po trupach”, to trzeba się pytać: o co tu chodzi? Jaki sukces przysłania mi dobro osób? Miłość może być wymagająca, może nawet zadać ból, gdy trzeba komuś powiedzieć prawdę o jego grzechu, ale zawsze ma w centrum dobro osoby, nigdy jakiś abstrakcyjny cel, nawet gdyby było nim podniesienie średniej krajowej świętości wszystkich uczestników Domowego Kościoła!
Służba jest formą współpracy z Bogiem, który jest pierwszym, który służy (Jezus “nie przyszedł, aby Mu służono, lecz aby służyć”) i stąd płynie kilka wniosków:
jestem sługą, wykonawcą małej części wielkiego dzieła, którego autorem jest Bóg. To On mnie prowadzi, organizuje okoliczności, podsuwa zadania do wykonania i umacnia mnie w ich spełnianiu. To daje pokój i przekonanie, że nawet niepowodzenie (jeśli zrobiło się wszystko, co w naszej mocy) jest w rękach Boga. Bóg wie ile mogę i chce tego mojego “niewiele”. Jeśli ruszamy do akcji bez modlitwy i złożenia wszystkiego w rękach Boga, będziemy cierpieć wiele niepokoju o powodzenie naszej “służby”, a w przypadku niepowodzenie powiemy sobie: “nigdy więcej”.
muszę poznać, co jest moją “cząstką” planu Bożego, moją misją. Światło przychodzi na modlitwie. Nie można rzucać się w działanie na oślep, bo więcej narobimy zamieszania niż pożytku. Człowiek, który “marnuje czas na modlitwie” zrobi więcej, niż zagoniony aktywista, bo zrobi to co ma zrobić.
ważne są rzeczy małe (w miłości wszystko jest ważne!). Gdy działamy bez świadomości współpracy z Bogiem, szybko zniechęcamy się, gdyż cóż my sami możemy zrobić wobec ogromu potrzeb świata! Wtedy tracimy z oczu to małe “coś”, które jednak możemy. Życie się składa z drobiazgów.
Te kilka myśli porządkuje nasze rozumienie służby i jej zależności od modlitwy. Pozostaje problem modlitwy, która byłby autentycznym źródłem siły dla naszej służby. Ale to już osobny temat.