Drukuj
Odsłony: 82

IMG 2025A

Rekolekcje – świadectwo

Każde dobro, które dzieje się w naszym życiu – służba, misja, powołanie – aby trwać i owocować potrzebuje od czasu do czasu POWROTU DO KORZENI. Potrzebne jest przypomnienie sobie  pierwotnej radości, gorliwości i zachwytu, z jakimi podejmowaliśmy to dzieło. 

Dla nas takim powrotem były rekolekcje o zobowiązaniach, które przeżyliśmy w sierpniu tego roku, w Wiśniowej.

 

Ktoś mógłby powiedzieć, że po 27 latach w ruchu, posłudze animatorskiej, licznych rekolekcjach i  doświadczeniu  pilotowania nowych kręgów powinniśmy być ekspertami w dziedzinie zobowiązań. I rzeczywiście jesteśmy – teorię mamy opanowaną, co nie znaczy, że potrafimy realizować ją w praktyce tak, jak byśmy tego pragnęli. Wróciliśmy więc zarówno do miejsca naszych pierwszych rekolekcji ( Boże, jak ta Wiśniowa wypiękniała!) jak i do naszych pierwszych animatorów - Ewy i Wacka Meryndów ( Boże, jak oni  niesamowicie dojrzeli w swej miłości!). Po raz kolejny Pan Bóg pokazał nam że narzędzia, które cały czas są  w zasięgu naszych rąk, działają bez zarzutu  - wystarczy ich używać zgodnie z instrukcją.  Charyzmat pozostaje ten sam. Z biegiem lat ubogacają go doświadczenia kolejnych pokoleń „kręgowców”, którzy zmagając się z własnymi słabościami, walczą o miłość i jedność w swoich małżeństwach i rodzinach.             

Cieszymy się bardzo, że Pan Bóg w swej łaskawości ofiarował nam ten czas  i zaprosił w podróż do źródeł.  Trochę trudną – bo pod górkę ( a latka lecą ), ale jakże piękną i … konieczną.

Z uśmiechem wspominamy wszystkich, którzy nam w tej drodze towarzyszyli, dzieląc się doświadczeniem  codziennych zwycięstw i porażek w budowaniu relacji z Panem Bogiem i sobą nawzajem. Dobrze, że jesteście, bo naprawdę razem raźniej się wędruje.

Mamy nadzieję  że temat zobowiązań na dobre zagości  w ofercie rekolekcyjnej Domowego Kościoła i kolejne małżeństwa będą mogły wyruszyć do źródeł.               Już dziś życzymy im owocnej podróży.

                                                                                                  Ewa i Marek Stadtmuller